Rozdział 2
***
Chciałbym zobaczyć spektakl. Chciałbym zobaczyć spektakl marzeń utajonych. Film w zwolnionym tempie, żebym mógł przeżywać bez końca do końca.
Zerwał się z miejsca i pognał do wspomnianego wcześniej pokoju 81. Zapukał raz, drugi, trzeci, po czym stwierdził, że ma pełne prawo do wtargnięcia do pomieszczenia za niepokojąco nowymi i zwykłymi drzwiami. Wszedł. Rozejrzał się okiem badacza. Przekrój pokoju przypominał prostokąt. Otaczały go sterylne, idealnie wykrojone, śnieżno łazienkowe kafelki. Jedyną znajdującą się w pokoju ozdobę, stanowiło wysokie, trochę zakurzone, klimatyczne okno z dużym parapetem, które aż zachęcało do porannej kawy przy blasku wschodzącego Słońca. Czystość pomieszczenia przerażała swoją prostotą. Dobrze wiedział, że żadna historia nie kryje się między czterema przejrzystymi, zdrowymi ścianami bez oznak obecności jakiegokolwiek życia. Żadnych włosów. Żadnych kropel uronionej herbaty, kawy czy soku.
Nagle jego wzrok przykuł nie za duży owinięty szczelnie prześcieradłem tobołek, spoczywający na pojedynczym łóżku przypominającym swym urokiem posłanie dla bezdomnego kota. Nie była to rzecz, nie, coś żyło tam daleko na skraju pokoju zawinięte w nieświeże prześcieradło. Szpital zawahał się i zrobił duży krok w kierunku zawiniątka. Nie wydarzyło się w tym czasie nic niezwykłego. Nikt nie napadł naszego wspaniałego bohatera, więc postanowił bardziej zbliżyć się do łóżka. Gdy podszedł na tyle blisko by usłyszeć przerywany, niespokojny oddech, zdał sobie sprawę, że ten szczelnie zawinięty przedmiot jest żywym istnieniem, a najprawdopodobniej człowiekiem.
- Kim jesteś? -rzekł spokojnym, ale pełnym przejęcia głosem. Odpowiedziała mu tylko cisza. Zrezygnowany wrócił do przeglądania pomieszczenia. Jego wzrok przykuł plik kartek, znajdujących się na niewielkim stoliczku. Wziął do ręki jedną z nich i zaczął uważnie przyglądać się intensywnym kreskom ołówka pozostawionym na papierze. Malunek przedstawiał najprawdopodobniej katedrę Notre Dam w Paryżu, widzianą o zachodzie Słońca. Pomarańczowo różowe plamy tworzyły delikatną, płynną warstwę przypominającą przesłodzone, popularne zwłaszcza w okresie letnim sorbety. Każdy element budowli został przedstawiony z należytą pieczołowitością. Budynek wznosił się ponad przeciętność. Patrząc na ten obrazek, można było odczuć wszystkimi zmysłami piękno i szlachetność gotyckiej katedry. Oczyma duszy widział tańczące wewnątrz budynku iskierki głębokich kolorów. Wzruszył się?
- Czy to twoje rysunki? -odparł złamanym, słabym, rozczulonym głosem. Kolejny raz odpowiedzi mógł szukać u wdzięcznej, towarzyszącej ludziom od początków ich istnienia-ciszy. Spojrzał na zawiniętą na łóżku osobę, która ani przez moment się nie poruszyła, po czym zwrócił całą swoją uwagę na Notre Damę. Dostrzegał kolejne elementy, które nie były tak wdzięczne i monumentalne jak religijna budowla, ale pełniły funkcję dopełniającą dla cudnego spektaklu barw. Widział szarą, długą brukowaną ulicę, nagie drzewo oraz ludzi tak maleńkich, jak mrówki. Nie oczekując na słowa protestu, złożył rysunek na pół i wyszedł z nową zdobyczą z pokoju.
- Wszędzie pana szukam! Miał być pan w pokoju 61 na drugim końcu sali. Co pan tutaj robi, panie Szpital?! -odezwał się zdyszany profesor.
- Przepraszam, musiałem pomylić pokoje -odparł zdziwiony.
- Właściwie chciałem dzisiaj panu „towarzyszyć” przy pracy. Chodźmy już- rzekł rozgorączkowany profesor i pobiegł w drugą stronę. Któż by pomyślał, że mały sędziwy starzec ma w sobie tyle wigoru. Każdy siwy włos, znajdujący się na łysiejącej jajowatej głowie stanowił dowód wielkiej mądrości i lat spędzonych na przeprowadzaniu doświadczeń, badań, poszukiwaniach.
Po wejściu do pomieszczenia Szpital przypomniał sobie o obrazku, który ciągle trzymał w ręce. Starannie złożył dzieło nieznajomego i wcisnął do wolnej kieszeni czarnych, o wiele za szerokich spodni. Pokój 61 łączył w sobie nowoczesną abstrakcję, charakterystyczną dla młodych oraz parę niepasujących antycznych elementów, składających się na „zegar"- klepsydrę, wypełnioną słomkowym piaskiem, radio i przycisk do papieru w formie cegły. Obok niewielkiego stoliczka, na krześle siedział młody mężczyzna, a raczej chłopaczek. Spodnie pacjenta posiadały strategiczne wywietrzniki na kolanach i kostkach, natomiast bluza sprawiała wrażenie ciepłej, jej krój był workowaty i długi. Szpital usiadł z boku i przyjrzał się rozmowie profesora z pacjentem.
- Jak się czujesz Arturze? - zapytał stary zmartwionym głosem.
- piiii 3,14. Piiii to 3,14- odparł młody z przejęciem.
Szpital wyciągnął małą karteczkę i zapisał na niej parę słów:
„Wygląd: standardowy, powszechny.
Iloraz inteligencji: pospolita
Wzrost: ok. 170 cm-średni
Waga: normalna
Inne: Lakoniczne odpowiedzi. Pacjent powtarza „Pi to 3,14”
- Panie profesorze, mogę? - zapytał młody i podszedł do stolika. Stary ustąpił mu miejsca naprzeciw Artura.
- Witaj Arturze.
- Pi to 3,14.
- Tak to już wiemy. Dlaczego „ Pi to 3,14"?
- Pi to 3,14.
- Widzę, że lubisz matematykę.
- Pi to 3,14.
- Czy wiesz, do czego używamy liczby „Pi"?
Po tych słowach Artur spojrzał na swojego rozmówcę zaciekawiony i zdenerwowany - Piiiii! - krzyknął po chwili zastanowienia.
- Tak, czy potrafisz wytłumaczyć co to jest liczba „Pi”, co oznacza twoja ulubiona liczba?
Po tych słowach młody z gatunku hipsterowatych osłupiał. Jego oddech stał się szybszy i płytszy.
- Spokojnie. Niewielu z was wie, potraficie tylko powtarzać w kółko i w kółko-odparł znudzony zachowaniem małoletniego, po czym zwrócił się w stronę starego mędrca-Czy mogę już wyjść?
- Tak. Widzieliśmy już wszystko.
***
Co on o mnie myśli? Zostałem stworzony do większych, ambitniejszych spraw niż młodzieniaszek małpujący każdy ruch swojego mentora. Za chwilę zacznę leczyć z „Facebooka” czy wiadomości tekstowych.
Samotność w Internecie. Samotność na ulicach. Samotność wśród ludzi.
Od dziecka interesowało go społeczeństwo. Czemu wybrałem ten zawód, a nie inny? Może chciałem poczuć się normalnym, zwykłym, zdrowym człowiekiem? Zdrowym i najnormalniejszym wśród tysiąca słabych szaleńców.
- Profesorze. Znalazłem na biurku kartkę z zapisanym na niej numerem 81. Myślałem, że jestem tam potrzebny- odparł, wychodząc z pomieszczenia.
- 81? Osiemdzieeeesiąąąt jeeeden. Hmm- zamyślił się przez chwilę i rzekł- Nie przypominam sobie takiej notatki. Może nastąpiła pomyłka...- zatrzymał się i spojrzał na Arturka- Nie rozmawiajmy tutaj. Widzę Cię za kwadrans w moim gabinecie- uśmiechnął się pod nosem i ominął mnie w drzwiach.
Wyszedłem. Zamknąłem dokładnie drzwi od pokoju młodego bożyszcza, pogromcy damskich serc. Szedłem długim korytarzem, dłuższym niż mi się wcześniej zdawało, ale może dlatego, że drogę do Artura, pokonaliśmy z profesorem w półbiegu. Nagle moją uwagę przykuły drzwi pomalowane farbą w jaśniutkim gołębim kolorze. Kolor spokoju, monotonii. Otworzyłem drzwi. Znalazłem się w pokoju. Abstrakcja. Chaos. Namiętność malowała deski pokoju i pościel łóżka. Zmieszany zapytałem.
- Pan wie, że tutaj nie można przyjmować takich gości i w taki sposób?
- Regulaminy. Protokoły. Zasady. Zamek. Drzwi- zatrzymał się i podsumował- Masz coś do dodania? Tam są drzwi.
Nie opuściłem pokoju. Spokojnie przyjrzałem się uprzejmemu pacjentowi. Prostak o przeciętnej, muskularnej budowie. Powtarzalna twarz o pospolitych, owalnych, rysowanych jakby cyrklem rysach. Jego czarne oczy patrzyły złowrogo.
- Czy jest tu ktoś poza tobą? - oczy- węgliki nie wymagały ode mnie żadnych, wymuszonych uprzejmości.
- Nie jestem dzieckiem, bachorem, mazgajem. Spieprzaj pan stąd.
- To nie jest pański pokój. On należy do głównego zarządcy tymi włościami- arcy profesora. Jeżeli coś nie spełnia pańskich oczekiwań, mogę z łatwością przyczynić się do obniżenia standardów pańskiego pobytu w tym budynku. Jako lekarz pańskiej chorej duszy, wymagam, chociaż odrobiny szacunku.
- Inteligent- prychnął drapieżny osobnik w wieku około 35 lat.
Nikt z nas nie zamierzał przerwać ciszy, która nastała po lakonicznej wypowiedzi mięśniaka. Zacząłem uważnie przyglądać się otoczeniu. Pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl- abstrakcja, idealnie odzwierciedlało stan ścian, podłogi, ozdób. W pomieszczeniu dominowała geometria, agresywnych barw, mocne, ostre krawędzie, obrazy przypominały wycięte strony komiksu. Pokój należał do tych średnich, nie za duży, nie za mały, ale praktyczny, jeżeli chodziło o schowanie kochanki do szafy, alkoholu lub innych używek. Dlaczego drzwi były szare? Podszedłem spokojnie do dużej szafy, którą zdobiły surrealistyczne malunki. Otworzyłem. Koszule, bluzki, spodnie, płaszcz, kobieta.
- Super!- spojrzałem wymownie na ciemnego drwala i zwróciłem się do postaci ukrytej za brzydkim paltem w szafie.
-Proszę wyjść i podać mi godność.
- Godność- wybałuszyła oczy- tego już panu nikt nie poda- zaśmiała się idiotycznie.
- Miałem na myśli imię, nazwisko, a zwłaszcza wiek- mówiąc, spojrzałem na drobną, para-dziecięcą budowę mojej rozmówczyni.
- Kobiet nie pyta się o wiek- prychnęła.
- Jeżeli jesteś kobietą, a nie dziewczynką -zaśmiałem się.
Dziewczyna opuściła schronienie i spróbowała mnie, jak dzisiejsze, nowoczesne czarownice spalić siłą własnego spojrzenia.
- Proszę opuścić ten pokój lub udać się do własnego.
- Panie! Spieprzaj stąd! - nagle wtrącił się olbrzymi młot, który do tej chwili obserwował nas spokojnie z oddali.
- Uspokój się!- wrzasnęła młoda.
Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że pozostało mi nie wiele czasu do spotkania z zacnym staruchem. Chwyciłem mocno kobietę za rękę i pociągnąłem ją za drzwi.
- Co pan do cholery wyprawia?!
- Zamknij się idiotko, jeśli chcesz dorobić się bachora z tym gburem, to wracaj. - odpowiedziałem chłodno, szczerze i spokojnie.
Dziewczyna, jak już zauważyłem lubi dominację, poddała się moim gorzkim, cierpkim słowom i pozwoliła się poprowadzić do gabinetu profesora.
Biegliśmy. Przeskakiwaliśmy co dwa stopnie na schodach. Zatrzymaliśmy się po 10 minutach przed drzwiami najwyższego stanowiskiem człowieka w tym budynku. Spóźnieni. Zapukałem.
- Proszę!
Otworzyłem drzwi na oścież i usłyszałem -Znowu się pan spóźnia, panie Szpital...- przerwał i całą uwagę skupił na dziewczynie, którą władczo trzymałem za rękę.
- Anna -wyszeptał i dodał mocniejszym głosem -proszę mi wytłumaczyć to, co widzę.
- Niech ta gówniara panu wytłumaczy.
- Anno? - staremu odpowiedziała cisza.
- Spędzała cudowne chwile w szafie, w pokoju na ok. 35-letniego gbura.
- Odejdź, proszę. Potem z tobą porozmawiam, a pan niech tu zostanie.
Po tych słowach Anna zmierzyła mnie wzrokiem i wyszła z głową podniesioną do góry. Zwyciężyła.
- Widzę, że nie robi to na panu wrażenia.
- A to, tak, ale o tym później -po chwili dodał- dziękuję panu za zwrócenie mi uwagi, jest to niedopuszczalne w naszym budynku.
- Byłem w 81. Niech się pan nie mija z prawdą. Znalazłem karteczkę na moim służbowym biurku, zapisaną pańskim odręcznym pismem.
- Nie mogę sobie przypomnieć, ale jeżeli już mowa o tym pokoju...- zamyślił się przez chwilę i dodał ciszej- co pan widział w tym pokoju?
- Szczerze? Nic specjalnego, ale myślę, że przydałoby się pranie -zaśmiałem się.
- Panie Szpital. Proszę uspokoić te dzikie jęki -staruszek odezwał się szorstko.
- Przepraszam.
- Proszę tam przychodzić codziennie. Jeżeli zauważy pan coś dziwnego, niepokojącego, proszę mnie o tym niezwłocznie powiadomić.
- Co może tkwić niepokojącego w starych, brudnych szmatach?
Profesor zignorował moje pytanie, wstał z fotela i zaczął szukać jakiejś książki. Po chwili odezwał się głosem zwycięzcy-Mam. Proszę zająć się tą książką, pielęgnować ją i czytać w każdej chwili, gdy przyjdą panu do głowy kolejne dziwne, niestosowne, niewłaściwe pańskiej funkcji pytania.
Spojrzałem na starą, wysłużoną księgę i zapytałem- Nie posiada pan nowszego egzemplarza?
- To jedyny egzemplarz- prychnął i dodał znudzonym głosem- Zawiera zbiór moich własnoręcznych notatek, skomponowanych dla ludzi pańskiego pokroju.
- Dobrze, ale może wróćmy do tej małolaty?
- Ma pan na myśli Annę?
- Tak.
- Wolny duch- zaśmiał się i dodał- ciężko jest wychować od nowa 25-latkę.
- To pańska rodzina?
- Tak jakby. W tym budynku, w tym domu... Wszyscy są dla mnie ważni.
- Myślałem, że jest o wiele młodsza.
- Proszę więcej nie myśleć, a przynajmniej nie robić tego przy mnie.
- To nie zmienia nic. Złamanie regulaminu to złamanie regulaminu- powiedziałem szybko.
- Widzę, że dobrze pan przeczytał regulamin.
- Zawsze wykonuję wszystko, co mi pan zleci.
- Proszę zostawić mi tę sprawę i zająć się książką i pokojem 81.
- Rozumiem.
- To wszystko.
Skinąłem głową w stronę starego i wyszedłem z pokoju. Szedłem. Wróciłem do mojego skromnego, minimalistycznego pokoju. Spojrzałem na notatki i odłożyłem wielką, starożytną księgę na biurko. Usiadłem na skrzypiącym krześle. Otworzyłem książkę i nagle uderzył mnie smród starego papieru i kurz. Zakaszlałem. Moją uwagę zwrócił napis na okładce. Starannie wyrzeźbione litery głosiły czytelnikowi, że ma do czynienia z poradnikiem. Zdenerwowany cisnąłem książką w podłogę i wyszedłem, starannie zamykając drzwi na klucz.
- Wychodzi pan? -zagadnęła mnie nic nieznacząca kobieta, pilnująca okryć wierzchnich.
- Nie widać? -podałem jej numerek, oczekując wydania czarnego, długiego płaszcza. Tu jest jak w zasranym teatrze...
- Bardzo proszę.
Wyszedłem. Dzisiaj nie miałem więcej zajęć. Skierowałem się w stronę ulubionej alei. Było tam zawsze wiele ławek, infantylnych, głupiutkich kobietek, tulących swoich równie głupich, bogatych „Latynosów”, ale o tej porze byłem sam. Rozłożyłem starannie złożony obrazek, przyjrzałem mu się przez chwilę i urzeczony nierealnym widokiem potargałem go na malutkie części.
Zerwał się z miejsca i pognał do wspomnianego wcześniej pokoju 81. Zapukał raz, drugi, trzeci, po czym stwierdził, że ma pełne prawo do wtargnięcia do pomieszczenia za niepokojąco nowymi i zwykłymi drzwiami. Wszedł. Rozejrzał się okiem badacza. Przekrój pokoju przypominał prostokąt. Otaczały go sterylne, idealnie wykrojone, śnieżno łazienkowe kafelki. Jedyną znajdującą się w pokoju ozdobę, stanowiło wysokie, trochę zakurzone, klimatyczne okno z dużym parapetem, które aż zachęcało do porannej kawy przy blasku wschodzącego Słońca. Czystość pomieszczenia przerażała swoją prostotą. Dobrze wiedział, że żadna historia nie kryje się między czterema przejrzystymi, zdrowymi ścianami bez oznak obecności jakiegokolwiek życia. Żadnych włosów. Żadnych kropel uronionej herbaty, kawy czy soku.
Nagle jego wzrok przykuł nie za duży owinięty szczelnie prześcieradłem tobołek, spoczywający na pojedynczym łóżku przypominającym swym urokiem posłanie dla bezdomnego kota. Nie była to rzecz, nie, coś żyło tam daleko na skraju pokoju zawinięte w nieświeże prześcieradło. Szpital zawahał się i zrobił duży krok w kierunku zawiniątka. Nie wydarzyło się w tym czasie nic niezwykłego. Nikt nie napadł naszego wspaniałego bohatera, więc postanowił bardziej zbliżyć się do łóżka. Gdy podszedł na tyle blisko by usłyszeć przerywany, niespokojny oddech, zdał sobie sprawę, że ten szczelnie zawinięty przedmiot jest żywym istnieniem, a najprawdopodobniej człowiekiem.
- Kim jesteś? -rzekł spokojnym, ale pełnym przejęcia głosem. Odpowiedziała mu tylko cisza. Zrezygnowany wrócił do przeglądania pomieszczenia. Jego wzrok przykuł plik kartek, znajdujących się na niewielkim stoliczku. Wziął do ręki jedną z nich i zaczął uważnie przyglądać się intensywnym kreskom ołówka pozostawionym na papierze. Malunek przedstawiał najprawdopodobniej katedrę Notre Dam w Paryżu, widzianą o zachodzie Słońca. Pomarańczowo różowe plamy tworzyły delikatną, płynną warstwę przypominającą przesłodzone, popularne zwłaszcza w okresie letnim sorbety. Każdy element budowli został przedstawiony z należytą pieczołowitością. Budynek wznosił się ponad przeciętność. Patrząc na ten obrazek, można było odczuć wszystkimi zmysłami piękno i szlachetność gotyckiej katedry. Oczyma duszy widział tańczące wewnątrz budynku iskierki głębokich kolorów. Wzruszył się?
- Czy to twoje rysunki? -odparł złamanym, słabym, rozczulonym głosem. Kolejny raz odpowiedzi mógł szukać u wdzięcznej, towarzyszącej ludziom od początków ich istnienia-ciszy. Spojrzał na zawiniętą na łóżku osobę, która ani przez moment się nie poruszyła, po czym zwrócił całą swoją uwagę na Notre Damę. Dostrzegał kolejne elementy, które nie były tak wdzięczne i monumentalne jak religijna budowla, ale pełniły funkcję dopełniającą dla cudnego spektaklu barw. Widział szarą, długą brukowaną ulicę, nagie drzewo oraz ludzi tak maleńkich, jak mrówki. Nie oczekując na słowa protestu, złożył rysunek na pół i wyszedł z nową zdobyczą z pokoju.
- Wszędzie pana szukam! Miał być pan w pokoju 61 na drugim końcu sali. Co pan tutaj robi, panie Szpital?! -odezwał się zdyszany profesor.
- Przepraszam, musiałem pomylić pokoje -odparł zdziwiony.
- Właściwie chciałem dzisiaj panu „towarzyszyć” przy pracy. Chodźmy już- rzekł rozgorączkowany profesor i pobiegł w drugą stronę. Któż by pomyślał, że mały sędziwy starzec ma w sobie tyle wigoru. Każdy siwy włos, znajdujący się na łysiejącej jajowatej głowie stanowił dowód wielkiej mądrości i lat spędzonych na przeprowadzaniu doświadczeń, badań, poszukiwaniach.
Po wejściu do pomieszczenia Szpital przypomniał sobie o obrazku, który ciągle trzymał w ręce. Starannie złożył dzieło nieznajomego i wcisnął do wolnej kieszeni czarnych, o wiele za szerokich spodni. Pokój 61 łączył w sobie nowoczesną abstrakcję, charakterystyczną dla młodych oraz parę niepasujących antycznych elementów, składających się na „zegar"- klepsydrę, wypełnioną słomkowym piaskiem, radio i przycisk do papieru w formie cegły. Obok niewielkiego stoliczka, na krześle siedział młody mężczyzna, a raczej chłopaczek. Spodnie pacjenta posiadały strategiczne wywietrzniki na kolanach i kostkach, natomiast bluza sprawiała wrażenie ciepłej, jej krój był workowaty i długi. Szpital usiadł z boku i przyjrzał się rozmowie profesora z pacjentem.
- Jak się czujesz Arturze? - zapytał stary zmartwionym głosem.
- piiii 3,14. Piiii to 3,14- odparł młody z przejęciem.
Szpital wyciągnął małą karteczkę i zapisał na niej parę słów:
„Wygląd: standardowy, powszechny.
Iloraz inteligencji: pospolita
Wzrost: ok. 170 cm-średni
Waga: normalna
Inne: Lakoniczne odpowiedzi. Pacjent powtarza „Pi to 3,14”
- Panie profesorze, mogę? - zapytał młody i podszedł do stolika. Stary ustąpił mu miejsca naprzeciw Artura.
- Witaj Arturze.
- Pi to 3,14.
- Tak to już wiemy. Dlaczego „ Pi to 3,14"?
- Pi to 3,14.
- Widzę, że lubisz matematykę.
- Pi to 3,14.
- Czy wiesz, do czego używamy liczby „Pi"?
Po tych słowach Artur spojrzał na swojego rozmówcę zaciekawiony i zdenerwowany - Piiiii! - krzyknął po chwili zastanowienia.
- Tak, czy potrafisz wytłumaczyć co to jest liczba „Pi”, co oznacza twoja ulubiona liczba?
Po tych słowach młody z gatunku hipsterowatych osłupiał. Jego oddech stał się szybszy i płytszy.
- Spokojnie. Niewielu z was wie, potraficie tylko powtarzać w kółko i w kółko-odparł znudzony zachowaniem małoletniego, po czym zwrócił się w stronę starego mędrca-Czy mogę już wyjść?
- Tak. Widzieliśmy już wszystko.
***
Co on o mnie myśli? Zostałem stworzony do większych, ambitniejszych spraw niż młodzieniaszek małpujący każdy ruch swojego mentora. Za chwilę zacznę leczyć z „Facebooka” czy wiadomości tekstowych.
Samotność w Internecie. Samotność na ulicach. Samotność wśród ludzi.
Od dziecka interesowało go społeczeństwo. Czemu wybrałem ten zawód, a nie inny? Może chciałem poczuć się normalnym, zwykłym, zdrowym człowiekiem? Zdrowym i najnormalniejszym wśród tysiąca słabych szaleńców.
- Profesorze. Znalazłem na biurku kartkę z zapisanym na niej numerem 81. Myślałem, że jestem tam potrzebny- odparł, wychodząc z pomieszczenia.
- 81? Osiemdzieeeesiąąąt jeeeden. Hmm- zamyślił się przez chwilę i rzekł- Nie przypominam sobie takiej notatki. Może nastąpiła pomyłka...- zatrzymał się i spojrzał na Arturka- Nie rozmawiajmy tutaj. Widzę Cię za kwadrans w moim gabinecie- uśmiechnął się pod nosem i ominął mnie w drzwiach.
Wyszedłem. Zamknąłem dokładnie drzwi od pokoju młodego bożyszcza, pogromcy damskich serc. Szedłem długim korytarzem, dłuższym niż mi się wcześniej zdawało, ale może dlatego, że drogę do Artura, pokonaliśmy z profesorem w półbiegu. Nagle moją uwagę przykuły drzwi pomalowane farbą w jaśniutkim gołębim kolorze. Kolor spokoju, monotonii. Otworzyłem drzwi. Znalazłem się w pokoju. Abstrakcja. Chaos. Namiętność malowała deski pokoju i pościel łóżka. Zmieszany zapytałem.
- Pan wie, że tutaj nie można przyjmować takich gości i w taki sposób?
- Regulaminy. Protokoły. Zasady. Zamek. Drzwi- zatrzymał się i podsumował- Masz coś do dodania? Tam są drzwi.
Nie opuściłem pokoju. Spokojnie przyjrzałem się uprzejmemu pacjentowi. Prostak o przeciętnej, muskularnej budowie. Powtarzalna twarz o pospolitych, owalnych, rysowanych jakby cyrklem rysach. Jego czarne oczy patrzyły złowrogo.
- Czy jest tu ktoś poza tobą? - oczy- węgliki nie wymagały ode mnie żadnych, wymuszonych uprzejmości.
- Nie jestem dzieckiem, bachorem, mazgajem. Spieprzaj pan stąd.
- To nie jest pański pokój. On należy do głównego zarządcy tymi włościami- arcy profesora. Jeżeli coś nie spełnia pańskich oczekiwań, mogę z łatwością przyczynić się do obniżenia standardów pańskiego pobytu w tym budynku. Jako lekarz pańskiej chorej duszy, wymagam, chociaż odrobiny szacunku.
- Inteligent- prychnął drapieżny osobnik w wieku około 35 lat.
Nikt z nas nie zamierzał przerwać ciszy, która nastała po lakonicznej wypowiedzi mięśniaka. Zacząłem uważnie przyglądać się otoczeniu. Pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl- abstrakcja, idealnie odzwierciedlało stan ścian, podłogi, ozdób. W pomieszczeniu dominowała geometria, agresywnych barw, mocne, ostre krawędzie, obrazy przypominały wycięte strony komiksu. Pokój należał do tych średnich, nie za duży, nie za mały, ale praktyczny, jeżeli chodziło o schowanie kochanki do szafy, alkoholu lub innych używek. Dlaczego drzwi były szare? Podszedłem spokojnie do dużej szafy, którą zdobiły surrealistyczne malunki. Otworzyłem. Koszule, bluzki, spodnie, płaszcz, kobieta.
- Super!- spojrzałem wymownie na ciemnego drwala i zwróciłem się do postaci ukrytej za brzydkim paltem w szafie.
-Proszę wyjść i podać mi godność.
- Godność- wybałuszyła oczy- tego już panu nikt nie poda- zaśmiała się idiotycznie.
- Miałem na myśli imię, nazwisko, a zwłaszcza wiek- mówiąc, spojrzałem na drobną, para-dziecięcą budowę mojej rozmówczyni.
- Kobiet nie pyta się o wiek- prychnęła.
- Jeżeli jesteś kobietą, a nie dziewczynką -zaśmiałem się.
Dziewczyna opuściła schronienie i spróbowała mnie, jak dzisiejsze, nowoczesne czarownice spalić siłą własnego spojrzenia.
- Proszę opuścić ten pokój lub udać się do własnego.
- Panie! Spieprzaj stąd! - nagle wtrącił się olbrzymi młot, który do tej chwili obserwował nas spokojnie z oddali.
- Uspokój się!- wrzasnęła młoda.
Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że pozostało mi nie wiele czasu do spotkania z zacnym staruchem. Chwyciłem mocno kobietę za rękę i pociągnąłem ją za drzwi.
- Co pan do cholery wyprawia?!
- Zamknij się idiotko, jeśli chcesz dorobić się bachora z tym gburem, to wracaj. - odpowiedziałem chłodno, szczerze i spokojnie.
Dziewczyna, jak już zauważyłem lubi dominację, poddała się moim gorzkim, cierpkim słowom i pozwoliła się poprowadzić do gabinetu profesora.
Biegliśmy. Przeskakiwaliśmy co dwa stopnie na schodach. Zatrzymaliśmy się po 10 minutach przed drzwiami najwyższego stanowiskiem człowieka w tym budynku. Spóźnieni. Zapukałem.
- Proszę!
Otworzyłem drzwi na oścież i usłyszałem -Znowu się pan spóźnia, panie Szpital...- przerwał i całą uwagę skupił na dziewczynie, którą władczo trzymałem za rękę.
- Anna -wyszeptał i dodał mocniejszym głosem -proszę mi wytłumaczyć to, co widzę.
- Niech ta gówniara panu wytłumaczy.
- Anno? - staremu odpowiedziała cisza.
- Spędzała cudowne chwile w szafie, w pokoju na ok. 35-letniego gbura.
- Odejdź, proszę. Potem z tobą porozmawiam, a pan niech tu zostanie.
Po tych słowach Anna zmierzyła mnie wzrokiem i wyszła z głową podniesioną do góry. Zwyciężyła.
- Widzę, że nie robi to na panu wrażenia.
- A to, tak, ale o tym później -po chwili dodał- dziękuję panu za zwrócenie mi uwagi, jest to niedopuszczalne w naszym budynku.
- Byłem w 81. Niech się pan nie mija z prawdą. Znalazłem karteczkę na moim służbowym biurku, zapisaną pańskim odręcznym pismem.
- Nie mogę sobie przypomnieć, ale jeżeli już mowa o tym pokoju...- zamyślił się przez chwilę i dodał ciszej- co pan widział w tym pokoju?
- Szczerze? Nic specjalnego, ale myślę, że przydałoby się pranie -zaśmiałem się.
- Panie Szpital. Proszę uspokoić te dzikie jęki -staruszek odezwał się szorstko.
- Przepraszam.
- Proszę tam przychodzić codziennie. Jeżeli zauważy pan coś dziwnego, niepokojącego, proszę mnie o tym niezwłocznie powiadomić.
- Co może tkwić niepokojącego w starych, brudnych szmatach?
Profesor zignorował moje pytanie, wstał z fotela i zaczął szukać jakiejś książki. Po chwili odezwał się głosem zwycięzcy-Mam. Proszę zająć się tą książką, pielęgnować ją i czytać w każdej chwili, gdy przyjdą panu do głowy kolejne dziwne, niestosowne, niewłaściwe pańskiej funkcji pytania.
Spojrzałem na starą, wysłużoną księgę i zapytałem- Nie posiada pan nowszego egzemplarza?
- To jedyny egzemplarz- prychnął i dodał znudzonym głosem- Zawiera zbiór moich własnoręcznych notatek, skomponowanych dla ludzi pańskiego pokroju.
- Dobrze, ale może wróćmy do tej małolaty?
- Ma pan na myśli Annę?
- Tak.
- Wolny duch- zaśmiał się i dodał- ciężko jest wychować od nowa 25-latkę.
- To pańska rodzina?
- Tak jakby. W tym budynku, w tym domu... Wszyscy są dla mnie ważni.
- Myślałem, że jest o wiele młodsza.
- Proszę więcej nie myśleć, a przynajmniej nie robić tego przy mnie.
- To nie zmienia nic. Złamanie regulaminu to złamanie regulaminu- powiedziałem szybko.
- Widzę, że dobrze pan przeczytał regulamin.
- Zawsze wykonuję wszystko, co mi pan zleci.
- Proszę zostawić mi tę sprawę i zająć się książką i pokojem 81.
- Rozumiem.
- To wszystko.
Skinąłem głową w stronę starego i wyszedłem z pokoju. Szedłem. Wróciłem do mojego skromnego, minimalistycznego pokoju. Spojrzałem na notatki i odłożyłem wielką, starożytną księgę na biurko. Usiadłem na skrzypiącym krześle. Otworzyłem książkę i nagle uderzył mnie smród starego papieru i kurz. Zakaszlałem. Moją uwagę zwrócił napis na okładce. Starannie wyrzeźbione litery głosiły czytelnikowi, że ma do czynienia z poradnikiem. Zdenerwowany cisnąłem książką w podłogę i wyszedłem, starannie zamykając drzwi na klucz.
- Wychodzi pan? -zagadnęła mnie nic nieznacząca kobieta, pilnująca okryć wierzchnich.
- Nie widać? -podałem jej numerek, oczekując wydania czarnego, długiego płaszcza. Tu jest jak w zasranym teatrze...
- Bardzo proszę.
Wyszedłem. Dzisiaj nie miałem więcej zajęć. Skierowałem się w stronę ulubionej alei. Było tam zawsze wiele ławek, infantylnych, głupiutkich kobietek, tulących swoich równie głupich, bogatych „Latynosów”, ale o tej porze byłem sam. Rozłożyłem starannie złożony obrazek, przyjrzałem mu się przez chwilę i urzeczony nierealnym widokiem potargałem go na malutkie części.