sobota, 17 marca 2018

Rozdział 2
***
Chciałbym zobaczyć spektakl. Chciałbym zobaczyć spektakl marzeń utajonych. Film w zwolnionym tempie, żebym mógł przeżywać bez końca do końca. 

Zerwał się z miejsca i pognał do wspomnianego wcześniej pokoju 81. Zapukał raz, drugi, trzeci, po czym stwierdził, że ma pełne prawo do wtargnięcia do pomieszczenia za niepokojąco nowymi i zwykłymi drzwiami. Wszedł. Rozejrzał się okiem badacza. Przekrój pokoju przypominał prostokąt. Otaczały go sterylne, idealnie wykrojone, śnieżno łazienkowe kafelki. Jedyną znajdującą się w pokoju ozdobę, stanowiło wysokie, trochę zakurzone, klimatyczne okno z dużym parapetem, które aż zachęcało do porannej kawy przy blasku wschodzącego Słońca. Czystość pomieszczenia przerażała swoją prostotą. Dobrze wiedział, że żadna historia nie kryje się między czterema przejrzystymi, zdrowymi ścianami bez oznak obecności jakiegokolwiek życia. Żadnych włosów. Żadnych kropel uronionej herbaty, kawy czy soku.

Nagle jego wzrok przykuł nie za duży owinięty szczelnie prześcieradłem tobołek, spoczywający na pojedynczym łóżku przypominającym swym urokiem posłanie dla bezdomnego kota. Nie była to rzecz, nie, coś żyło tam daleko na skraju pokoju zawinięte w nieświeże prześcieradło. Szpital zawahał się i zrobił duży krok w kierunku zawiniątka. Nie wydarzyło się w tym czasie nic niezwykłego. Nikt nie napadł naszego wspaniałego bohatera, więc postanowił bardziej zbliżyć się do łóżka. Gdy podszedł na tyle blisko by usłyszeć przerywany, niespokojny oddech, zdał sobie sprawę, że ten szczelnie zawinięty przedmiot jest żywym istnieniem, a najprawdopodobniej człowiekiem.

- Kim jesteś? -rzekł spokojnym, ale pełnym przejęcia głosem. Odpowiedziała mu tylko cisza. Zrezygnowany wrócił do przeglądania pomieszczenia. Jego wzrok przykuł plik kartek, znajdujących się na niewielkim stoliczku. Wziął do ręki jedną z nich i zaczął uważnie przyglądać się intensywnym kreskom ołówka pozostawionym na papierze. Malunek przedstawiał najprawdopodobniej katedrę Notre Dam w Paryżu, widzianą o zachodzie Słońca. Pomarańczowo różowe plamy tworzyły delikatną, płynną warstwę przypominającą przesłodzone, popularne zwłaszcza w okresie letnim sorbety. Każdy element budowli został przedstawiony z należytą pieczołowitością. Budynek wznosił się ponad przeciętność. Patrząc na ten obrazek, można było odczuć wszystkimi zmysłami piękno i szlachetność gotyckiej katedry. Oczyma duszy widział tańczące wewnątrz budynku iskierki głębokich kolorów. Wzruszył się?

- Czy to twoje rysunki? -odparł złamanym, słabym, rozczulonym głosem. Kolejny raz odpowiedzi mógł szukać u wdzięcznej, towarzyszącej ludziom od początków ich istnienia-ciszy. Spojrzał na zawiniętą na łóżku osobę, która ani przez moment się nie poruszyła, po czym zwrócił całą swoją uwagę na Notre Damę. Dostrzegał kolejne elementy, które nie były tak wdzięczne i monumentalne jak religijna budowla, ale pełniły funkcję dopełniającą dla cudnego spektaklu barw. Widział szarą, długą brukowaną ulicę, nagie drzewo oraz ludzi tak maleńkich, jak mrówki. Nie oczekując na słowa protestu, złożył rysunek na pół i wyszedł z nową zdobyczą z pokoju.

- Wszędzie pana szukam! Miał być pan w pokoju 61 na drugim końcu sali. Co pan tutaj robi, panie Szpital?! -odezwał się zdyszany profesor.

- Przepraszam, musiałem pomylić pokoje -odparł zdziwiony.

- Właściwie chciałem dzisiaj panu „towarzyszyć” przy pracy. Chodźmy już- rzekł rozgorączkowany profesor i pobiegł w drugą stronę. Któż by pomyślał, że mały sędziwy starzec ma w sobie tyle wigoru. Każdy siwy włos, znajdujący się na łysiejącej jajowatej głowie stanowił dowód wielkiej mądrości i lat spędzonych na przeprowadzaniu doświadczeń, badań, poszukiwaniach.

Po wejściu do pomieszczenia Szpital przypomniał sobie o obrazku, który ciągle trzymał w ręce. Starannie złożył dzieło nieznajomego i wcisnął do wolnej kieszeni czarnych, o wiele za szerokich spodni. Pokój 61 łączył w sobie nowoczesną abstrakcję, charakterystyczną dla młodych oraz parę niepasujących antycznych elementów, składających się na zegar"- klepsydrę, wypełnioną słomkowym piaskiem, radio i przycisk do papieru w formie cegły. Obok niewielkiego stoliczka, na krześle siedział młody mężczyzna, a raczej chłopaczek. Spodnie pacjenta posiadały strategiczne wywietrzniki na kolanach i kostkach, natomiast bluza sprawiała wrażenie ciepłej, jej krój był workowaty i długi. Szpital usiadł z boku i przyjrzał się rozmowie profesora z pacjentem.

- Jak się czujesz Arturze? - zapytał stary zmartwionym głosem.

- piiii 3,14. Piiii to 3,14- odparł młody z przejęciem.

Szpital wyciągnął małą karteczkę i zapisał na niej parę słów:

Wygląd: standardowy, powszechny.

Iloraz inteligencji: pospolita

Wzrost: ok. 170 cm-średni

Waga: normalna

Inne: Lakoniczne odpowiedzi. Pacjent powtarza „Pi to 3,14”

- Panie profesorze, mogę? - zapytał młody i podszedł do stolika. Stary ustąpił mu miejsca naprzeciw Artura.

- Witaj Arturze.

- Pi to 3,14.

- Tak to już wiemy. Dlaczego „ Pi to 3,14"?

- Pi to 3,14.

- Widzę, że lubisz matematykę.

- Pi to 3,14.

- Czy wiesz, do czego używamy liczby Pi"?

Po tych słowach Artur spojrzał na swojego rozmówcę zaciekawiony i zdenerwowany - Piiiii! - krzyknął po chwili zastanowienia.

- Tak, czy potrafisz wytłumaczyć co to jest liczba „Pi”, co oznacza twoja ulubiona liczba?

Po tych słowach młody z gatunku hipsterowatych osłupiał. Jego oddech stał się szybszy i płytszy.

- Spokojnie. Niewielu z was wie, potraficie tylko powtarzać w kółko i w kółko-odparł znudzony zachowaniem małoletniego, po czym zwrócił się w stronę starego mędrca-Czy mogę już wyjść?

- Tak. Widzieliśmy już wszystko.

                                                  ***

Co on o mnie myśli? Zostałem stworzony do większych, ambitniejszych spraw niż młodzieniaszek małpujący każdy ruch swojego mentora. Za chwilę zacznę leczyć z „Facebooka” czy wiadomości tekstowych.

Samotność w Internecie. Samotność na ulicach. Samotność wśród ludzi.

Od dziecka interesowało go społeczeństwo. Czemu wybrałem ten zawód, a nie inny? Może chciałem poczuć się normalnym, zwykłym, zdrowym człowiekiem? Zdrowym i najnormalniejszym wśród tysiąca słabych szaleńców.

- Profesorze. Znalazłem na biurku kartkę z zapisanym na niej numerem 81. Myślałem, że jestem tam potrzebny- odparł, wychodząc z pomieszczenia.

- 81? Osiemdzieeeesiąąąt jeeeden. Hmm- zamyślił się przez chwilę i rzekł- Nie przypominam sobie takiej notatki. Może nastąpiła pomyłka...- zatrzymał się i spojrzał na Arturka- Nie rozmawiajmy tutaj. Widzę Cię za kwadrans w moim gabinecie- uśmiechnął się pod nosem i ominął mnie w drzwiach.

Wyszedłem. Zamknąłem dokładnie drzwi od pokoju młodego bożyszcza, pogromcy damskich serc. Szedłem długim korytarzem, dłuższym niż mi się wcześniej zdawało, ale może dlatego, że drogę do Artura, pokonaliśmy z profesorem w półbiegu. Nagle moją uwagę przykuły drzwi pomalowane farbą w jaśniutkim gołębim kolorze. Kolor spokoju, monotonii. Otworzyłem drzwi. Znalazłem się w pokoju. Abstrakcja. Chaos. Namiętność malowała deski pokoju i pościel łóżka. Zmieszany zapytałem.

- Pan wie, że tutaj nie można przyjmować takich gości i w taki sposób?

- Regulaminy. Protokoły. Zasady. Zamek. Drzwi- zatrzymał się i podsumował- Masz coś do dodania? Tam są drzwi.

Nie opuściłem pokoju. Spokojnie przyjrzałem się uprzejmemu pacjentowi. Prostak o przeciętnej, muskularnej budowie. Powtarzalna twarz o pospolitych, owalnych, rysowanych jakby cyrklem rysach. Jego czarne oczy patrzyły złowrogo.

- Czy jest tu ktoś poza tobą? - oczy- węgliki nie wymagały ode mnie żadnych, wymuszonych uprzejmości.

- Nie jestem dzieckiem, bachorem, mazgajem. Spieprzaj pan stąd.

- To nie jest pański pokój. On należy do głównego zarządcy tymi włościami- arcy profesora. Jeżeli coś nie spełnia pańskich oczekiwań, mogę z łatwością przyczynić się do obniżenia standardów pańskiego pobytu w tym budynku. Jako lekarz pańskiej chorej duszy, wymagam, chociaż odrobiny szacunku.

- Inteligent- prychnął drapieżny osobnik w wieku około 35 lat.

Nikt z nas nie zamierzał przerwać ciszy, która nastała po lakonicznej wypowiedzi mięśniaka. Zacząłem uważnie przyglądać się otoczeniu. Pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl- abstrakcja, idealnie odzwierciedlało stan ścian, podłogi, ozdób. W pomieszczeniu dominowała geometria, agresywnych barw, mocne, ostre krawędzie, obrazy przypominały wycięte strony komiksu. Pokój należał do tych średnich, nie za duży, nie za mały, ale praktyczny, jeżeli chodziło o schowanie kochanki do szafy, alkoholu lub innych używek. Dlaczego drzwi były szare? Podszedłem spokojnie do dużej szafy, którą zdobiły surrealistyczne malunki. Otworzyłem. Koszule, bluzki, spodnie, płaszcz, kobieta.

- Super!- spojrzałem wymownie na ciemnego drwala i zwróciłem się do postaci ukrytej za brzydkim paltem w szafie.

-Proszę wyjść i podać mi godność.

- Godność- wybałuszyła oczy- tego już panu nikt nie poda- zaśmiała się idiotycznie.

- Miałem na myśli imię, nazwisko, a zwłaszcza wiek- mówiąc, spojrzałem na drobną, para-dziecięcą budowę mojej rozmówczyni.

- Kobiet nie pyta się o wiek- prychnęła.

- Jeżeli jesteś kobietą, a nie dziewczynką -zaśmiałem się.

Dziewczyna opuściła schronienie i spróbowała mnie, jak dzisiejsze, nowoczesne czarownice spalić siłą własnego spojrzenia.

- Proszę opuścić ten pokój lub udać się do własnego.

- Panie! Spieprzaj stąd! - nagle wtrącił się olbrzymi młot, który do tej chwili obserwował nas spokojnie z oddali.

- Uspokój się!- wrzasnęła młoda.

Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że pozostało mi nie wiele czasu do spotkania z zacnym staruchem. Chwyciłem mocno kobietę za rękę i pociągnąłem ją za drzwi.

- Co pan do cholery wyprawia?!

- Zamknij się idiotko, jeśli chcesz dorobić się bachora z tym gburem, to wracaj. - odpowiedziałem chłodno, szczerze i spokojnie.

Dziewczyna, jak już zauważyłem lubi dominację, poddała się moim gorzkim, cierpkim słowom i pozwoliła się poprowadzić do gabinetu profesora.

Biegliśmy. Przeskakiwaliśmy co dwa stopnie na schodach. Zatrzymaliśmy się po 10 minutach przed drzwiami najwyższego stanowiskiem człowieka w tym budynku. Spóźnieni. Zapukałem.

- Proszę!

Otworzyłem drzwi na oścież i usłyszałem -Znowu się pan spóźnia, panie Szpital...- przerwał i całą uwagę skupił na dziewczynie, którą władczo trzymałem za rękę.

- Anna -wyszeptał i dodał mocniejszym głosem -proszę mi wytłumaczyć to, co widzę.

- Niech ta gówniara panu wytłumaczy.

- Anno? - staremu odpowiedziała cisza.

- Spędzała cudowne chwile w szafie, w pokoju na ok. 35-letniego gbura.

- Odejdź, proszę. Potem z tobą porozmawiam, a pan niech tu zostanie.

Po tych słowach Anna zmierzyła mnie wzrokiem i wyszła z głową podniesioną do góry. Zwyciężyła.

- Widzę, że nie robi to na panu wrażenia.

- A to, tak, ale o tym później -po chwili dodał- dziękuję panu za zwrócenie mi uwagi, jest to niedopuszczalne w naszym budynku.

- Byłem w 81. Niech się pan nie mija z prawdą. Znalazłem karteczkę na moim służbowym biurku, zapisaną pańskim odręcznym pismem.

- Nie mogę sobie przypomnieć, ale jeżeli już mowa o tym pokoju...- zamyślił się przez chwilę i dodał ciszej- co pan widział w tym pokoju?

- Szczerze? Nic specjalnego, ale myślę, że przydałoby się pranie -zaśmiałem się.

- Panie Szpital. Proszę uspokoić te dzikie jęki -staruszek odezwał się szorstko.

- Przepraszam.

- Proszę tam przychodzić codziennie. Jeżeli zauważy pan coś dziwnego, niepokojącego, proszę mnie o tym niezwłocznie powiadomić.

- Co może tkwić niepokojącego w starych, brudnych szmatach?

Profesor zignorował moje pytanie, wstał z fotela i zaczął szukać jakiejś książki. Po chwili odezwał się głosem zwycięzcy-Mam. Proszę zająć się tą książką, pielęgnować ją i czytać w każdej chwili, gdy przyjdą panu do głowy kolejne dziwne, niestosowne, niewłaściwe pańskiej funkcji pytania.

Spojrzałem na starą, wysłużoną księgę i zapytałem- Nie posiada pan nowszego egzemplarza?

- To jedyny egzemplarz- prychnął i dodał znudzonym głosem- Zawiera zbiór moich własnoręcznych notatek, skomponowanych dla ludzi pańskiego pokroju.

- Dobrze, ale może wróćmy do tej małolaty?

- Ma pan na myśli Annę?

- Tak.

- Wolny duch- zaśmiał się i dodał- ciężko jest wychować od nowa 25-latkę.

- To pańska rodzina?

- Tak jakby. W tym budynku, w tym domu... Wszyscy są dla mnie ważni.

- Myślałem, że jest o wiele młodsza.

- Proszę więcej nie myśleć, a przynajmniej nie robić tego przy mnie.

- To nie zmienia nic. Złamanie regulaminu to złamanie regulaminu- powiedziałem szybko.

- Widzę, że dobrze pan przeczytał regulamin.

- Zawsze wykonuję wszystko, co mi pan zleci.

- Proszę zostawić mi tę sprawę i zająć się książką i pokojem 81.

- Rozumiem.

- To wszystko.

Skinąłem głową w stronę starego i wyszedłem z pokoju. Szedłem. Wróciłem do mojego skromnego, minimalistycznego pokoju. Spojrzałem na notatki i odłożyłem wielką, starożytną księgę na biurko. Usiadłem na skrzypiącym krześle. Otworzyłem książkę i nagle uderzył mnie smród starego papieru i kurz. Zakaszlałem. Moją uwagę zwrócił napis na okładce. Starannie wyrzeźbione litery głosiły czytelnikowi, że ma do czynienia z poradnikiem. Zdenerwowany cisnąłem książką w podłogę i wyszedłem, starannie zamykając drzwi na klucz.

- Wychodzi pan? -zagadnęła mnie nic nieznacząca kobieta, pilnująca okryć wierzchnich.

- Nie widać? -podałem jej numerek, oczekując wydania czarnego, długiego płaszcza. Tu jest jak w zasranym teatrze...

- Bardzo proszę.

Wyszedłem. Dzisiaj nie miałem więcej zajęć. Skierowałem się w stronę ulubionej alei. Było tam zawsze wiele ławek, infantylnych, głupiutkich kobietek, tulących swoich równie głupich, bogatych „Latynosów”, ale o tej porze byłem sam. Rozłożyłem starannie złożony obrazek, przyjrzałem mu się przez chwilę i urzeczony nierealnym widokiem potargałem go na malutkie części.

wtorek, 20 lutego 2018

    Rozdział 1
***
"Zamiary są wiatrem, kiedy nie idą z wykonaniem w parze" - William Szekspir - "Makbet"
   Patrzył na krajobraz roztaczający swe uroki za szklaną szybą. Wrzesień. Liście zaczęły przybierać barwy od żółtych po zgniłe brązy. Tak, nie był to jego wymarzony widok. Godziny i lata, spędzone w pracy, nakazały mu polubić się z delikatnymi promieniami wschodzącego Słońca. Do własnego kąta przychodził godzinę przed rozpoczęciem obchodu przez pielęgniarki. Wiedział. Przychodzi za późno. Tutaj nie zapada noc i nigdy nic nie rozkwita. Przyglądał się z tęsknotą jesiennemu krajobrazowi, gdy usłyszał silne i zdecydowane pukanie do drzwi gabinetu. 
 - Proszę -odpowiedział znudzonym, głębokim głosem letniego człowieka. 
Do pokoju wpadł jak burza jeden z jegopodopiecznych". Przybysz gwałtownym ruchem zajął miejsce na fotelu naprzeciw starego, doświadczonego człowieka. 
 - Mam nadzieję, że tym razem rozważył pan profesor moją ofertę pozytywnie - to był głos pełen pasji i zacięcia. 
Stary spojrzał na swego rozmówcę z delikatnym, a zarazem surowym uśmiechem. 
 -Pańską ofertę? Czy pańskiego wuja, który co pewien okres wydzwania do mnie z pytaniami o swoją ukochaną latorośl? - zaśmiał się i po chwili odezwał się spokojnym, czystym głosem- Jest pan tutaj na okresie próbnym, prawda? Został pan przyjęty wyłącznie dzięki wspaniałomyślnej rekomendacji wspomnianego wuja, który jest moim serdecznym znajomym, gdyby nie jego opinia już dawno pana by tutaj nie było. - Zatrzymał się i pozwolił swoim myślom płynąć przez dłuższą chwilę. - O czym my to? A tak, pan tu ciągle jest...pan, mogę zapytać o godność? 
 - Szpital, profesorze- odparł młody. 
 - A to dobre- zaśmiał się pod nosem i dodał- Nazwisko masz nie od parady. Przez ostatnie dni obserwowałem pańską pracę, panie Szpital. Wykazuje pan zupełny brak szacunku i współczucia dla moich pacjentów! - wzburzony dodał- Młodość. Chce się pan wykazać i „obejść” okres próbny, tak pan to ujął na naszym ostatnim spotkaniu? 
Po tych słowach młodszy z mężczyzn głośno przełknął ślinę i się zamyślił. Stała i pewna praca z odpowiednim wynagrodzeniem była mu potrzebna od zaraz. Z drugiej strony brnięcie w dalszym ciągu ku upragnionemu celu mogło poskutkować wyrzuceniem z kliniki na zbity pysk. Starszy, siwiejący mężczyzna nie był typem dobrotliwego i uległego dziadka. 
 - Ma pan coś do powiedzenia? Jeżeli nie, to proszę skierować się w stronę drzwi i wrócić do pracy, którą panu zleciłem -odparł zdenerwowany.
 W tej chwili młody człowiek zdecydował się zaryzykować i postawić całą swoją karierę i przyszłe życie na jedną kartę, na jedno proste zdanie, które z wielkim bólem przeszło mu przez krtań- Proszę się zastanowić. Potrzebuję stałej pracy. Czytał pan profesor moje CV, składające się na ukończenie studiów psychologicznych z najwyższymi stopniami na roku, szereg specjalizacji, zagraniczne praktyki w czasie odbywania nauki- po chwili wstał i dodał na odchodnym- Dobrze, ale niech pan zapamięta. Nie poddaję się tak łatwo i zawsze osiągam swój cel, choćby miałby mnie prowadzić wyboistą i trudną drogą!- wyszedł, zamykając drzwi z impetem. 
 - Choćby droga była wyboista i pełna trupów, a prowadziła do celu, to złu ulegniesz- stary zaśmiał się pod nosem. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz w swojej karierze, spotkał tak beznadziejny i fatalny przypadek. Tego całego Szpitala ciągle trzymały się kłopoty. Oczywiście, w swojej skrupulatności wszystkie zlecone pisma i obserwacje oddawał na czas, ale to, w jakim stylu zostały one napisane! Te wszystkie dopiski na marginesach stron i skargi na niekompetencję psychologów. Gdyby młodemu wystarczyło miejsca, skrytykowałby również pana konserwatora i kucharki. Stary nie potrafił zrozumieć Szpitala od momentu, gdy stanął z nim twarzą w twarz. Na początku ich znajomości, wydawał mu się kolejnym młodym gniewnym z ambicjami, ale po upływie krótkiego czasu okazało się, że oprócz wielkich ideałów i świeżej krwi, młodym kieruje narcystyczna, niecierpliwa, ale nade wszystko zgryźliwa i nieustępliwa dusza. 
 - Może... Może zobaczymy jak młodzież, radzi sobie w trudnych warunkach -czasami wypowiadanie własnych myśli na głos pomagało sędziwemu doktorowi lepiej zrozumieć położenie, w którym się znajduje. Kontynuował po cichu -Należy skruszyć ten fundament, aż strach pomyśleć co ten Szpital wybuduje na tak antypatycznej podstawie- zaśmiał się pod nosem i zatopił wzrok w wysłużonym notesie o zielonej okładce.
*** 
  Młody osobnik przemierzał korytarz spokojnym krokiem. Jego myśli biegły jak galopujące źrebaki w stronę kobiety. Dziwicie się? Od początku świata wszystko kręci wokół płci nazywanej w szerszych kręgach piękną. Wyprzedzając kłębiące się w was myśli, narrator zapewnia o braku szalonej, wypełniającej po brzegi miłości w sercu Szpitala. Młodzieniec był sam, nie licząc kobiety, która w bólach wydała go na świat te przeszło dwadzieścia parę lat temu. Matka- kobieta utrzymująca zażyłą relację z łóżkiem niż z kimkolwiek innym. Od kilku lat, pogrążona w głębokiej depresji po śmierci męża, nie opuszczała własnego pokoju. Postępujący spadek kondycji i dobrego samopoczucia zabrał ze sobą jej dawny błysk w oku i zdrowie. Jedyną pomocą dla rodziny okazał się jej brat, znakomity lekarz dusz z niewielkiej wsi na krańcu świata, stary kawaler o silnym charakterze, gdy dowiedział się o chorobie swej jedynej i najdroższej pod Słońcem siostry, zrobił wszystko by jak najszybciej znaleźć się w starym domu rodzinnym, gdzie zamieszkała ostatnia żyjąca i znana mu część rodziny. 
 - Dzień dobry panie Szpital! Mogę w czymś panu pomóc? Wygląda pan na zmartwionego -odparła uśmiechnięta, leciwa sprzątaczka Kornelia. 
Bohater wyrwany z dłuższego, dziwnego dla osób postronnych zamyślenia odrzekł hardo- Nic się nie stało, proszę wrócić do pracy, no, chyba że liczy pani na naganę od pana profesora. - Widzę, że nigdy nie traci pan zacięcia -prychnęła i dodała ostrzej- Miłej pracy!- spojrzała na niego jeszcze raz, zanim odszedł i oddała się fascynującemu zajęciu, jakim jest zamiatanie podłogi. Nie często miała do czynienia z młodymi psychologami. Profesor otaczał się głównie współpracownikami o większym doświadczeniu w pracy z prawdziwymi ludźmi niż ze statystykami i książkami. Cięty język młodego stanowił znakomitą kontynuację dla ostro zarysowanych kości policzkowych, orlego nosa i groźnych, przeszywających oczu o mocnej, przenikliwej szmaragdowo-grafitowej barwie. Gdy znalazł się w swoim niewielkim pokoiku, spojrzał na papiery leżące przed nim. Jedyne zajęcie, które zostało mu przydzielone na ten dzień i na każdy kolejny, stanowiło uwłaczającą rolę podglądacza. Jakich innych słów mógłby użyć, określając zakres własnych obowiązków? Przyglądał się pracy swoich zaawansowanych w wieku znajomych po fachu. Znajomych? Nie wiedział nic o życiu tych osób i raczej nie chciał zaśmiecać głowy tak zbędnymi informacjami. Szpital był pewien. Zdawał sobie sprawę, że profesor i jego współpracownicy są zbyt pobłażliwi. Niezachwianie, równowaga emocjonalna i twardość były najważniejszymi cechami charakteru, z których blondyn był dumny. Podczas gdy inni odchodzili od zmysłów i zapadali w lęk, kończący się oceanem łez, on pozostawał niewzruszony. Jego uczucia zostały zamknięte i wyrzucone lata temu. Gdzie? Powrócił do przeglądania papierów, a jego wzrok przykuła niewielka karteczka ze zniekształconymi literami, które zostały na niej złożone najprawdopodobniej w pośpiechu. Skupił się i podjął próbie rozszyfrowania najprawdopodobniej najstarszej zagadki wszechświata. 
NN, pokój 81, trzecie piętro. Profesor 
Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu staruszka, ale nigdzie go nie znalazł. Jakim sposobem dotarł tu tak szybko? W tej chwili młody gniewny przypomniał sobie o mnogiej ilości pomieszczeń i korytarzy w budynku. U profesora „pracował” już od trzech tygodni. Ten czas jednak nie pozwolił mu poznać wszystkich tajemnic starszego mędrca i wszystkich przejść dla personelu. Wiedział, że są pomieszczenia, do których ma wstęp tylko jego pracodawca, jednym z nich był pokój 81, znajdujący się na końcu korytarza trzeciego piętra. Chcielibyście zapytać, ile pokoi mieścił budynek? Tego Szpital nie jest jeszcze pewien. Sterylna czystość i przejrzystość wnętrza, nie szła w parze z kolejnością występujących numerów. Rozmieszczenie cyfr na drzwiach gabinetów i pokojach pacjentów zostało najprawdopodobniej wylosowane z wielkiego pudła pełnego karteczek lub przegłosowane. Czy tak zaczynają się opowiadania, a zwłaszcza najciekawsze wątki? „Wszystkie pokoje w domu wyglądały zupełnie tak samo, ale ten jeden...”
 ***
 - Przyszedłem. Tak jak obiecałem, skarbie -odparł, wykrzywiając usta w grymasie uśmiechu. Ból serca mieszał się z niepewnością. Po chwili wrócił do rozmowy -Wyglądasz zdecydowanie lepiej niż ostatnio -w tej chwili załamał mu się głos i dodał- Przyniosłem kartki, cały blok papieru, technicznego oczywiście. Położę go tu -odparł i odłożył przybory plastyczne na mały, owalny mahoniowy stoliczek, po czym podniósł wzrok na swego rozmówcę -Wiesz, że musisz kiedyś rozprostować kości -spróbował przerwać nieustającą ciszę, po czym spojrzał ostatni raz w stronę łóżka i wyszedł, zamykając drzwi pokoju. - Jakieś zmiany? Odezwała się, panie profesorze?- zagadnęła przechodząca kobieta będąca w wieku średnim. - Nie, sam już nie pamiętam, jak brzmi jej głos. W ostatnim tygodniu przestała zupełnie wstawać z łóżka. Nie wzruszają nią żadne potrzeby fizjologiczne, wygląda jakby spała -odparł zmartwiony. - Jest pod dobrą opieką, bądźmy dobrej myśli Lucjanie- odparła i położyła swoją rękę na ramieniu profesora, w geście niemego wsparcia, którą mężczyzna szybko odtrącił i powiedział -Nie rozczulajmy się. Czas wrócić do pracy i pomagać innym zagubionym. Stanie w miejscu jest bezowocne. Tak. Do pracy! Do pacjentów!- ruszył z miejsca wiedziony nową, niewyobrażalną w jego wieku siłą. Niósł promyk nadziei innym, wysłuchując, stawiając ciągłe pytania, na które szybko znajdował odpowiedź. Człowiek. Tak to jedno słowo znaczyło dla starego profesora więcej niż tkliwe rozmowy, spojrzenia i majątek. Każda osoba stanowiła dla niego nieoszlifowany diament. Potrafił dostrzec pozytywy nawet w najgorszej sytuacji. Lucjan nie potrafił zrozumieć ludzi, którzy nie chcieli pomocy, poddawali się i nie podejmowali żadnej próby. Przez jak długi czas słowa mogą obijać się o pustą ścianę? W pokoju 81 nie było nic poza kobietą przypominającą lalkę woskową, wypełniony pustką manekin. Była jak marionetka, niewielka kukiełka, która dawała z łatwością przesuwać własnymi kończynami, w każdą możliwą stronę. Liście spadały delikatnie, niesione lekkimi podmuchami wiatru, a ona leżała. Jesień przenikała się z zimą, a ta znowu przeskakiwała w wiosnę, aby za jakiś czas palić odsłonięte ciała żarem. Nie mogła nawet tego zauważyć, obrócona w przeciwną stronę do okna i świata kryjącego się za tym pozornym krajobrazem. Cykl pór roku? Godziny? Minuty? Sekundy? W tym pokoju czas pozostawał prawie niezmienny, przybierał tylko postać delikatnych szkiców na papierze. Tik, tak, tik, tak, tik, tak, kreska, gumka, papier, kartka, kreska, gumka, papier, kartka, kreska, gumka, papier, kartka, tik, tak, tik, tak, tik, tak. Czas. Czas, gdy nic oprócz dawnej witalności i uśmiechu, nie przeminęło. Chwila, taka sama jak wszystkie inne, wypełniona szeregiem wewnętrznych, biochemicznych przemian. Sekunda, podczas której każda myśl ogniskuje się w jednym punkcie. Tik, tak, tik, tak.