wtorek, 20 lutego 2018

    Rozdział 1
***
"Zamiary są wiatrem, kiedy nie idą z wykonaniem w parze" - William Szekspir - "Makbet"
   Patrzył na krajobraz roztaczający swe uroki za szklaną szybą. Wrzesień. Liście zaczęły przybierać barwy od żółtych po zgniłe brązy. Tak, nie był to jego wymarzony widok. Godziny i lata, spędzone w pracy, nakazały mu polubić się z delikatnymi promieniami wschodzącego Słońca. Do własnego kąta przychodził godzinę przed rozpoczęciem obchodu przez pielęgniarki. Wiedział. Przychodzi za późno. Tutaj nie zapada noc i nigdy nic nie rozkwita. Przyglądał się z tęsknotą jesiennemu krajobrazowi, gdy usłyszał silne i zdecydowane pukanie do drzwi gabinetu. 
 - Proszę -odpowiedział znudzonym, głębokim głosem letniego człowieka. 
Do pokoju wpadł jak burza jeden z jegopodopiecznych". Przybysz gwałtownym ruchem zajął miejsce na fotelu naprzeciw starego, doświadczonego człowieka. 
 - Mam nadzieję, że tym razem rozważył pan profesor moją ofertę pozytywnie - to był głos pełen pasji i zacięcia. 
Stary spojrzał na swego rozmówcę z delikatnym, a zarazem surowym uśmiechem. 
 -Pańską ofertę? Czy pańskiego wuja, który co pewien okres wydzwania do mnie z pytaniami o swoją ukochaną latorośl? - zaśmiał się i po chwili odezwał się spokojnym, czystym głosem- Jest pan tutaj na okresie próbnym, prawda? Został pan przyjęty wyłącznie dzięki wspaniałomyślnej rekomendacji wspomnianego wuja, który jest moim serdecznym znajomym, gdyby nie jego opinia już dawno pana by tutaj nie było. - Zatrzymał się i pozwolił swoim myślom płynąć przez dłuższą chwilę. - O czym my to? A tak, pan tu ciągle jest...pan, mogę zapytać o godność? 
 - Szpital, profesorze- odparł młody. 
 - A to dobre- zaśmiał się pod nosem i dodał- Nazwisko masz nie od parady. Przez ostatnie dni obserwowałem pańską pracę, panie Szpital. Wykazuje pan zupełny brak szacunku i współczucia dla moich pacjentów! - wzburzony dodał- Młodość. Chce się pan wykazać i „obejść” okres próbny, tak pan to ujął na naszym ostatnim spotkaniu? 
Po tych słowach młodszy z mężczyzn głośno przełknął ślinę i się zamyślił. Stała i pewna praca z odpowiednim wynagrodzeniem była mu potrzebna od zaraz. Z drugiej strony brnięcie w dalszym ciągu ku upragnionemu celu mogło poskutkować wyrzuceniem z kliniki na zbity pysk. Starszy, siwiejący mężczyzna nie był typem dobrotliwego i uległego dziadka. 
 - Ma pan coś do powiedzenia? Jeżeli nie, to proszę skierować się w stronę drzwi i wrócić do pracy, którą panu zleciłem -odparł zdenerwowany.
 W tej chwili młody człowiek zdecydował się zaryzykować i postawić całą swoją karierę i przyszłe życie na jedną kartę, na jedno proste zdanie, które z wielkim bólem przeszło mu przez krtań- Proszę się zastanowić. Potrzebuję stałej pracy. Czytał pan profesor moje CV, składające się na ukończenie studiów psychologicznych z najwyższymi stopniami na roku, szereg specjalizacji, zagraniczne praktyki w czasie odbywania nauki- po chwili wstał i dodał na odchodnym- Dobrze, ale niech pan zapamięta. Nie poddaję się tak łatwo i zawsze osiągam swój cel, choćby miałby mnie prowadzić wyboistą i trudną drogą!- wyszedł, zamykając drzwi z impetem. 
 - Choćby droga była wyboista i pełna trupów, a prowadziła do celu, to złu ulegniesz- stary zaśmiał się pod nosem. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz w swojej karierze, spotkał tak beznadziejny i fatalny przypadek. Tego całego Szpitala ciągle trzymały się kłopoty. Oczywiście, w swojej skrupulatności wszystkie zlecone pisma i obserwacje oddawał na czas, ale to, w jakim stylu zostały one napisane! Te wszystkie dopiski na marginesach stron i skargi na niekompetencję psychologów. Gdyby młodemu wystarczyło miejsca, skrytykowałby również pana konserwatora i kucharki. Stary nie potrafił zrozumieć Szpitala od momentu, gdy stanął z nim twarzą w twarz. Na początku ich znajomości, wydawał mu się kolejnym młodym gniewnym z ambicjami, ale po upływie krótkiego czasu okazało się, że oprócz wielkich ideałów i świeżej krwi, młodym kieruje narcystyczna, niecierpliwa, ale nade wszystko zgryźliwa i nieustępliwa dusza. 
 - Może... Może zobaczymy jak młodzież, radzi sobie w trudnych warunkach -czasami wypowiadanie własnych myśli na głos pomagało sędziwemu doktorowi lepiej zrozumieć położenie, w którym się znajduje. Kontynuował po cichu -Należy skruszyć ten fundament, aż strach pomyśleć co ten Szpital wybuduje na tak antypatycznej podstawie- zaśmiał się pod nosem i zatopił wzrok w wysłużonym notesie o zielonej okładce.
*** 
  Młody osobnik przemierzał korytarz spokojnym krokiem. Jego myśli biegły jak galopujące źrebaki w stronę kobiety. Dziwicie się? Od początku świata wszystko kręci wokół płci nazywanej w szerszych kręgach piękną. Wyprzedzając kłębiące się w was myśli, narrator zapewnia o braku szalonej, wypełniającej po brzegi miłości w sercu Szpitala. Młodzieniec był sam, nie licząc kobiety, która w bólach wydała go na świat te przeszło dwadzieścia parę lat temu. Matka- kobieta utrzymująca zażyłą relację z łóżkiem niż z kimkolwiek innym. Od kilku lat, pogrążona w głębokiej depresji po śmierci męża, nie opuszczała własnego pokoju. Postępujący spadek kondycji i dobrego samopoczucia zabrał ze sobą jej dawny błysk w oku i zdrowie. Jedyną pomocą dla rodziny okazał się jej brat, znakomity lekarz dusz z niewielkiej wsi na krańcu świata, stary kawaler o silnym charakterze, gdy dowiedział się o chorobie swej jedynej i najdroższej pod Słońcem siostry, zrobił wszystko by jak najszybciej znaleźć się w starym domu rodzinnym, gdzie zamieszkała ostatnia żyjąca i znana mu część rodziny. 
 - Dzień dobry panie Szpital! Mogę w czymś panu pomóc? Wygląda pan na zmartwionego -odparła uśmiechnięta, leciwa sprzątaczka Kornelia. 
Bohater wyrwany z dłuższego, dziwnego dla osób postronnych zamyślenia odrzekł hardo- Nic się nie stało, proszę wrócić do pracy, no, chyba że liczy pani na naganę od pana profesora. - Widzę, że nigdy nie traci pan zacięcia -prychnęła i dodała ostrzej- Miłej pracy!- spojrzała na niego jeszcze raz, zanim odszedł i oddała się fascynującemu zajęciu, jakim jest zamiatanie podłogi. Nie często miała do czynienia z młodymi psychologami. Profesor otaczał się głównie współpracownikami o większym doświadczeniu w pracy z prawdziwymi ludźmi niż ze statystykami i książkami. Cięty język młodego stanowił znakomitą kontynuację dla ostro zarysowanych kości policzkowych, orlego nosa i groźnych, przeszywających oczu o mocnej, przenikliwej szmaragdowo-grafitowej barwie. Gdy znalazł się w swoim niewielkim pokoiku, spojrzał na papiery leżące przed nim. Jedyne zajęcie, które zostało mu przydzielone na ten dzień i na każdy kolejny, stanowiło uwłaczającą rolę podglądacza. Jakich innych słów mógłby użyć, określając zakres własnych obowiązków? Przyglądał się pracy swoich zaawansowanych w wieku znajomych po fachu. Znajomych? Nie wiedział nic o życiu tych osób i raczej nie chciał zaśmiecać głowy tak zbędnymi informacjami. Szpital był pewien. Zdawał sobie sprawę, że profesor i jego współpracownicy są zbyt pobłażliwi. Niezachwianie, równowaga emocjonalna i twardość były najważniejszymi cechami charakteru, z których blondyn był dumny. Podczas gdy inni odchodzili od zmysłów i zapadali w lęk, kończący się oceanem łez, on pozostawał niewzruszony. Jego uczucia zostały zamknięte i wyrzucone lata temu. Gdzie? Powrócił do przeglądania papierów, a jego wzrok przykuła niewielka karteczka ze zniekształconymi literami, które zostały na niej złożone najprawdopodobniej w pośpiechu. Skupił się i podjął próbie rozszyfrowania najprawdopodobniej najstarszej zagadki wszechświata. 
NN, pokój 81, trzecie piętro. Profesor 
Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu staruszka, ale nigdzie go nie znalazł. Jakim sposobem dotarł tu tak szybko? W tej chwili młody gniewny przypomniał sobie o mnogiej ilości pomieszczeń i korytarzy w budynku. U profesora „pracował” już od trzech tygodni. Ten czas jednak nie pozwolił mu poznać wszystkich tajemnic starszego mędrca i wszystkich przejść dla personelu. Wiedział, że są pomieszczenia, do których ma wstęp tylko jego pracodawca, jednym z nich był pokój 81, znajdujący się na końcu korytarza trzeciego piętra. Chcielibyście zapytać, ile pokoi mieścił budynek? Tego Szpital nie jest jeszcze pewien. Sterylna czystość i przejrzystość wnętrza, nie szła w parze z kolejnością występujących numerów. Rozmieszczenie cyfr na drzwiach gabinetów i pokojach pacjentów zostało najprawdopodobniej wylosowane z wielkiego pudła pełnego karteczek lub przegłosowane. Czy tak zaczynają się opowiadania, a zwłaszcza najciekawsze wątki? „Wszystkie pokoje w domu wyglądały zupełnie tak samo, ale ten jeden...”
 ***
 - Przyszedłem. Tak jak obiecałem, skarbie -odparł, wykrzywiając usta w grymasie uśmiechu. Ból serca mieszał się z niepewnością. Po chwili wrócił do rozmowy -Wyglądasz zdecydowanie lepiej niż ostatnio -w tej chwili załamał mu się głos i dodał- Przyniosłem kartki, cały blok papieru, technicznego oczywiście. Położę go tu -odparł i odłożył przybory plastyczne na mały, owalny mahoniowy stoliczek, po czym podniósł wzrok na swego rozmówcę -Wiesz, że musisz kiedyś rozprostować kości -spróbował przerwać nieustającą ciszę, po czym spojrzał ostatni raz w stronę łóżka i wyszedł, zamykając drzwi pokoju. - Jakieś zmiany? Odezwała się, panie profesorze?- zagadnęła przechodząca kobieta będąca w wieku średnim. - Nie, sam już nie pamiętam, jak brzmi jej głos. W ostatnim tygodniu przestała zupełnie wstawać z łóżka. Nie wzruszają nią żadne potrzeby fizjologiczne, wygląda jakby spała -odparł zmartwiony. - Jest pod dobrą opieką, bądźmy dobrej myśli Lucjanie- odparła i położyła swoją rękę na ramieniu profesora, w geście niemego wsparcia, którą mężczyzna szybko odtrącił i powiedział -Nie rozczulajmy się. Czas wrócić do pracy i pomagać innym zagubionym. Stanie w miejscu jest bezowocne. Tak. Do pracy! Do pacjentów!- ruszył z miejsca wiedziony nową, niewyobrażalną w jego wieku siłą. Niósł promyk nadziei innym, wysłuchując, stawiając ciągłe pytania, na które szybko znajdował odpowiedź. Człowiek. Tak to jedno słowo znaczyło dla starego profesora więcej niż tkliwe rozmowy, spojrzenia i majątek. Każda osoba stanowiła dla niego nieoszlifowany diament. Potrafił dostrzec pozytywy nawet w najgorszej sytuacji. Lucjan nie potrafił zrozumieć ludzi, którzy nie chcieli pomocy, poddawali się i nie podejmowali żadnej próby. Przez jak długi czas słowa mogą obijać się o pustą ścianę? W pokoju 81 nie było nic poza kobietą przypominającą lalkę woskową, wypełniony pustką manekin. Była jak marionetka, niewielka kukiełka, która dawała z łatwością przesuwać własnymi kończynami, w każdą możliwą stronę. Liście spadały delikatnie, niesione lekkimi podmuchami wiatru, a ona leżała. Jesień przenikała się z zimą, a ta znowu przeskakiwała w wiosnę, aby za jakiś czas palić odsłonięte ciała żarem. Nie mogła nawet tego zauważyć, obrócona w przeciwną stronę do okna i świata kryjącego się za tym pozornym krajobrazem. Cykl pór roku? Godziny? Minuty? Sekundy? W tym pokoju czas pozostawał prawie niezmienny, przybierał tylko postać delikatnych szkiców na papierze. Tik, tak, tik, tak, tik, tak, kreska, gumka, papier, kartka, kreska, gumka, papier, kartka, kreska, gumka, papier, kartka, tik, tak, tik, tak, tik, tak. Czas. Czas, gdy nic oprócz dawnej witalności i uśmiechu, nie przeminęło. Chwila, taka sama jak wszystkie inne, wypełniona szeregiem wewnętrznych, biochemicznych przemian. Sekunda, podczas której każda myśl ogniskuje się w jednym punkcie. Tik, tak, tik, tak.